|
Archiwum
|
czwartek, 15 marca 2012
Hell Pass
http://www.imdb.com/title/tt0480687/
Zapowiada się całkiem nieźle - grupa przyjaciół, którzy już mają normalne prace czy rodziny postanawiają „iść w tango”. Szkoda, że w ukazaniu tego „tanga” zabrakło luzu i humoru bardziej ambitnego niż tego z gimnazjum. Choć na początku na prawdę jest nieźle - wyobrażenie sobie konsekwencji co stanie się jak kupi nieletniej piwo jest świetne. Potem zaczyna być gorzej i są wielkie waginy (ok, za pierwszym razem było zabawne) czy jaranie zioła (uwaga, mają zaczerwienione oczy a nie tylko zaspane, co jest rzadkością). No jest oczywiście obowiązkowa scena z penisem, a czemu nie, sięgnijmy bruku (cholera, uśmiechnąłem się wtedy...) Żony naszych bohaterów też „idą w tango”, tylko, że kończą lepiej niż ich partnerzy, bo zaliczają innych, tylko tak na prawdę nie wiadomo po co tak się dzieje. Panie potem żałują i wracają z płaczem do swoich mężów. W ogóle to tendencja tego filmu - niby jest śmiesz a za chwilę łzy. Coś jak kobieta podczas okresu - nie da się zgadnąć czy ten film to komedia czy dramat (choć przychylam się do drugiej wersji). Nie bardzo też pasuje zamysł uczynienia dwóch głównych bohaterów aż takimi cipkami. Niby mają wolną kartę na tydzień, mogą puknąć każdą laskę o której sobie wymarzą (nawet niech zapłacą za nią, bo tak, oczywiście okazują się być fajtłapami) a oni praktycznie marnują ten czas. Oczywiście podczas gdy drugoplanowe żony sobie nieźle używają, a właściwie mogłyby. Mimo tego, znalazłem bohatera pozytywnego - stary wyga, który wie jak wyrywać laseczki (nie powiem, odnalazłem w nim trochę siebie, tylko nie jestem taki stary). Mimo tak świetnego nauczyciela nasi bohaterowie ponownie nic nie robią. W momencie gdy główny bohater nie stuknął całkiem niezłej sztuki, która się rozebrała i powiedziała „weź mnie” już wiedziałem o co chodzi. Ten film, to próba połączenia wody i ognia. Otóż twórcy próbowali stworzyć film idealny dla par - znaczy, żeby i laska i facet mogli pójść na to razem i odnaleźć każdy coś dla siebie. Tylko, że problem jest taki, że tak, cycki były (więc faceci zadowoleni), ale laska nie puknięta (więc laski zadowolone, bo oto film ukazuje, że głowa wyżej przezwycięża tą niżej). Szkoda tylko, że jednocześnie faceci uznają głównego bohatera za geja i od tego momentu definitywnie tracą zainteresowanie tym filmem. Nawet jeśli jakikolwiek (być może niepewny swojej męskiej strony) facet ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości i choćby zerka na ekran przestaje (nawet on) w momencie gdy nasi bohaterowie zaczynają mieć wyrzuty sumienia (sic!)... Oczywiście film kończy się happy endem (jakże by inaczej). Nic prawie nie zaszło u blondyna, u drugiego owszem, koniec, napisy. Film ten przypomina trochę start Małysza w rajdach - na początku było w miarę dobrze ale później już prosta droga do zapomnienia bez sukcesów. I jednocześnie jest przestrogą dla twórców filmowych - nie da się, po prostu się nie da, zrobić filmu, który jednocześnie będzie podobać się typowej lasce i typowemu facetowi. Panowie nie dajcie się zwieść cyckami na plakacie/screenie - it’s a trap! Ocena: 2/10 Troopa Da Elite
http://www.imdb.com/title/tt0861739/
Rzadko zdarza się, by film z Brazylii zrobił takie zamieszanie w filmowym świadku. W przeciwieństwie do przereklamowanego „City Of God”, „Tropa de Elite” miało powody. Od pierwszych minut filmu, z ekranu atakują nas ostre i rwane ujęcia z ręki, które w ciasnych, brudnych uliczkach brazylijskich faweli dają poczucie zaszczucia policjantów otoczonych mieszkańcami (którzy raczej im nie pomogą) i handlarzami narkotyków. Jednocześnie, bardziej z boku, ale wyraźnie twórcy pokazują, że działanie na granicy prawa jest jedynym rozwiązaniem do przeciwstawienia się zbrodniczym procederom, które mają miejsce codziennie w dzielnicach biedy w Rio. Bardzo dobrze również jest ukazane popiepszenia tamtejszego (ale przecież odnieść to można do każdego innego kraju) systemu oraz biurokrację. Twórcy pokusili się nawet o ukazanie rozbicia i to nie raz: ojciec/mąż i dowódca oddziału oraz student/policjant. Zdaję sobie sprawę, że był to zabieg dla podkreślenia autentyczności naszych bohaterów, ale nieco zbyt przewidywalne okazały się oba. Nie ustrzeżono się jednak błędów. 1/5 odpadających kandydatów do BOPA ma być większym sitem niż ten w przypadku Mosadu (tam odpada 4/5 i to w pierwszym podejściu). Do tego to niby taki elitarny odział, który musi kryć się nie tylko przed handlarzami (którzy chętnie by ich sprzątnęli, bo nie są przekupni jak zwykli gliniarze) ale i właśnie przed zwykłymi policjantami (którzy chętnie sprzedali by ich tożsamość) nie noszą nawet kominiarek, by nie być rozpoznanym... Historia jest całkiem wciągająca. Zapewne przez ukazanie całego procesu szkolenia oraz rozterek moralnych poszczególnych bohaterów. Choć i tu zaskakuje postawa Neta, który ze spokojnego kolesia, który naprawia samochody zmienia się w tępego, łysego mięśniaka rządnego krwi. Tak, miało to nam pokazać, że dowódcą BOPA nie może być taki ktoś, jednak czemu w ogóle nie jest w filmie okazana ta zmiana? Wygląda to tak, że jest tym spokojnym kolesiem, dostaje się do oddziału i bum - jest Rambem... Wielka szkoda, że nie zostało to poprawnie ukazane, bo dodało by jeszcze więcej realizmu. Mimo dobrej historii czy nakręcenia to film jest mocno średni. Spory wpływ na to miały dłużyzny, które musieliśmy oglądać podczas szkolenia rekrutów. Do tego, po pierwszej scenie, zapowiadało się wartkie kino akcji, a tu okazuje się, że oglądamy życiowe dylematy policjanta-mężą i policjanta-studenta. Nie zmienia to jednak faktu, że film warto zobaczyć, by przekonać się, że filmy o policji to nie tylko te z gatunku "zabili go i uciekł". No i czekam z niecierpliwością by zobaczyć drugą część, w której podobno jest więcej akcji. Ocena: 4/10 The River Murders
http://www.imdb.com/title/tt1738387/
Gdyby skreślić słowo „murders” z tytułu filmu, otrzymalibyśmy mega skrót tego „dzieła” - rzeka łączy wszystko i na pewno gra lepiej niż jeden aktor. Oprócz słabej gry aktorskiej rzuca się prawie od razu słaba realizacja retrospekcji. Ot, na obraz nałożono żółty filtr i tyle. Nic oryginalnego ani pozwalającego się bardziej wczuć. W scenariuszu to samo - morderstwa z religią w tle już się przejadły, jednak tu mamy powtórkę z rozrywki. Jedyna dostrzeżona różnica przeze mnie w scenariuszu to fajnie ukazane stawianie się policji FBI (jak wiadomo, w filmach ze Stanów częsty motyw, ale tu ukazany w niestandardowy i ciekawy sposób). Przez prawie cały film wiemy, że zabijane są tylko byłe naszego głównego bohatera, ale nie wiemy dlaczego. Nie żeby nas to specjalnie nurtowało, ale twórcy zrobili z tego główny, wielki koniec. Szkoda tylko, że gdy historia się wyjaśnia to tak bardzo rozczarowuje. Jedynie list jest wart uwagi. Zabawne jest poprowadzenie historii naszego mordercy. O swoich następnych celach dowiadywał się od swoich ofiar; jedna była mówiła o drugiej i tak to się toczyło. Tylko, że są dwa ale: szedł od najstarszych do najmłodszych (a przecież wiadomo, że więcej starych nie wie o nowych niż odwrotnie) i skąd one wiedziały takie szczegóły. No ale nic to, scenarzyści sobie popłynęli z fantazją. Slater nie jest w ogóle przekonywujący a wręcz bije sztucznością z ekranu a Liotta jest zbyt miękki. Obaj to jakby wypalone gwiazdy, które spotykają się w jednym filmie by jeszcze raz pokazać widzom, że nie powinni o nich zapominać, bo dobrymi aktorami nadal są. Panowie wybaczą, ale nie bardzo. Ocena: 2/10
środa, 14 marca 2012
Paul
http://www.imdb.com/title/tt1092026/
Historia dwóch geeków, którzy realizują swoje dziecięce marzenia i jadą do Strefy 51. Wszystko idzie normalnie aż do momentu w którym spotykają na swojej drodze Obcego. Ich wyobrażenia o obcych rasach szybko muszą zostać sprowadzone na ziemię, ponieważ kosmita zachowuje się tak jak człowiek... Przede wszystkim obcy jest bardzo dobrze zanimowany, nie porusza się sztucznie i jego mimika jest świetna. Do tego wygląda dobrze i jest wielce wyluzowany (w jakim innym filmie widzieliście napalonego na seks kosmitę?). Jego teksty nie są również drętwe, ale całkiem zabawne. Twórcy filmu często puszczają do widza oko wstawiając w swoje dzieło sceny z innych filmów: by wymienić choćby muzyków w barze („Gwiezdne Wojny”) czy wielki magazyn („Indiana Jones”). Może i nie jest to oryginalne, ale coraz rzadziej spotykane. Do tego ukazany został odwieczny spór między fanami „Gwiezdnych Wojen” a „Star Treka”. Historia jest dość przewidywalna i nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji (no może oprócz tajemniczej szefowej oraz tego, kto zdradził), ale to całkiem miły film o przyjaźni mimo różnic. Fakt, że jest z gatunku s-f, grają w nim dwaj brytyjscy aktorzy a film był kręcony w Stanach tworzy ciekawe połączenie. Nie ma tu mega efektów specjalnych, pełnych napięcia dialogów, pościgów czy strzelanin. A mimo to film ten ogląda się przyjemnie. Nie narzuca się swoją historią, nie jest na siłę zabawny czy nużący. Gdyby nie to, że tytułowy bohater jest kosmitą, można by rzec, że to świetne (sic!) kino obyczajowe. Ale chyba gdyby Paul był facetem, nie było by tak zabawnie. A tak to zawsze coś innego. Nasuwa mi się skojarzenie, że to świetny film na zimowe wieczory. Nic ambitnego czy artystycznego, a mimo to ma w sobie coś urzekającego... Ocena: 8/10
środa, 07 marca 2012
Fast Five
http://www.imdb.com/title/tt1596343/
Z filmów „2 Fast, 2 Furious” robi się seria, jak w przypadku „Saw”. Może nie jest tak wielka, ale ewoluuje i udaje ciągłość dokładnie tak samo. Niekoniecznie z dobrym skutkiem dla widza. Ten film hołduje klasyce gatunku „zabili go i uciekł”. Stężenie debilizmów, idiotyzmów i niedorzeczności na minutę jest wprost proporcjonalny do ilości mięśni Vina Diesla. Normalne w filmie jest to, że autobus koziołkuje (sic!) po uderzeniu w osobowe auto, które nie zmienia nawet o centymetr toru jazdy czy to, że sportowe samochody grzeją po pustyni jakby były terenówkami lub wyczynowymi autami, którymi startuje się w rajdzie Dakar. Jest też mnóstwo niedociągnięć czy błędów, np.: ciężarówka uderza w pędzący pociąg, jakby jechał nie więcej niż 10 km/h czy faceci, którzy rozbijają sobą ściany. W filmie budowanie napięcia czy przekazywanie emocji odbywa się krzykiem albo/i (nie potrzeba skreślać) uderzeniem muzyki. Więckiewicz z łatwością by się w tym dziele odnalazł. Zwroty akcji jak już są, to naiwne i nie wiadomo skąd się biorą. Tak jak z tą ciążą – wyglądało to jakby w pewnym momencie scenarzysta stwierdził, że a tu będzie coś innego i przekartkował gotowy scenariusz i sobie dopisał linijkę gdzie mu się otworzyło. Mamy też genialne dialogi oraz wykazywanie się niebywałym aktorskim kunsztem przez głównych bohaterów, jak w scenie gdzie jadą razem samochodem i świeżo upieczony ojciec mówi Dieslowi, że on nigdy go nie miał, a Vin pociesza z poważną miną, że ten taki nie będzie. Scenariusz kuleje ponownie gdy zbiera się ekipa. Tak, widać, że się znają, ale my jako widz nie mamy pojęcia ani skąd się wzięli ani skąd się tak na prawdę znają. Ni cholery nie idzie się wczuć w ich akcję, mimo, że ćwiczą i mają tam jakieś śmieszne spięcia. Głupot jest więcej – Vin (też nie wiadomo skąd wiedział) ratuje laskę w ciąży, policjanci, którzy normalnie nie boją się wchodzić na teren faweli, boją się kilku gości z pistolecikami, dwa osobowe auta (tak, wiem, muscle cary) ciągną wielki sejf, jakby był kartonowym pudełkiem, zakręty biorą bokiem a sejf nawet ich nie zarzuca a liny, którymi jest przyczepiony wykonane są chyba z adamentium, bo trzymają jakby były wielkimi przęsłami. Dzięki bogu i partii, że chociaż wózki rozbijane są fachowo – ujęcia z różnych kątów, do tego zwolnienia, dynamiczna zmiana rzeczonych kątów. Szkoda tylko, że tak mało ich zostało rozbitych, bo przynajmniej dobrze się to ogląda. Podobnie rzecz ma się ze sceną walki: Vin Diesel vs. Dwayne Johnson. Dwa wielkie byki, rzucają się sobą po ścianach (oczywiście rozbijając rzeczone ściany), okładają się po mordach i takie tam. Ten film jest niemożliwy z akcjami jakie tam się dzieję. I o dziwo bardziej irytują niż w takim „Red” na przykład. Może to przez to, że w „Fast Five” wszystko jest na poważnie – nie ma „mrugania okiem” do widza. Do tego scenariusz, który niczym nie zaskakuje (no może po za głupotami i niekonsekwencją). Ot film, na wyłączenie mózgu przy piwie po całym dniu. Ocena: 3/10 Rio
http://www.imdb.com/title/tt1436562/
To film przeznaczony głównie dla młodszej widowni. Rodzice, czy starsi odbiorcy nie znajdą tu dużo ciekawych czy zabawnych rzeczy. Trochę szkoda, że nie został stworzony film, który bawił by całą rodzinę. Film jest słodki i kolorowy. Zero przemocy, wszystko jest dobre albo złe i koniec jest szczęśliwy. To nie minus, ale rozpieszczony produkcjami typu „Shrek” oczekiwałem czegoś bardziej wieloznaczeniowego. Zamiast tego jest dużo piosenek (które stoją na wysokim poziomie; no może po za tą od Black Eyed Peas), które są takie fajne zapewne przez latynoski charakter. Szkoda tylko, że w filmie dobre brazylijskie rytmy zostały tak oszczędnie dane a w zamian są jakieś popłuczyny w stylu wymienionego BEP. W ogóle się tego nie czuje jak słucha się ścieżki dźwiękowej z tego filmu. Kawałki, których nie skojarzymy z filmem, bo trawały po kilka sekund, w pełnych wersjach całkowicie przyćmiewają popowe wysiłki gwiazdeczek, które niezbyt pasują do takiego filmu. Jak dużo muzyki, to wiadomo, że na ekranie obserwujemy sporo tanecznych sekwencji, które zrealizowane są z polotem i wyczuciem. Jednak od mnogości kolorów mieni się w oczach i czasem wzrok mi się gubił na środku ekranu i nie widziałem co się dzieje po za nim, więc film trzeba było cofnąć. Co nie zmienia faktu, że było to ładne. Jedyną nowością jaką zauważyłem w tym filmie to przekarykaturowanie postaci. Mimo, że subtelne to wyraźne. Szkoda, że niezbyt śmieszne. W animacji tej mamy oczywiście przerabiany tysiące razy w filmach dla dzieci konflikt płci, który wiadomo jak się skończy. I chyba to jest główna bolączka filmu – wtórność i zero oryginalności. Nie ma zaskakujących zwrotów akcji, napięcia czy niespodziewanych wyborów bohaterów. Jest kanon i standard. To produkcja przeznaczona dla dzieci, która idealnie pasowała do repertuary kin przy centrach handlowych – dziecko ma się z głowy na półtorej godziny, zobaczy ładną i kolorową animację a rodzice spokojnie zrobią zakupy. Szkoda, że jeszcze nikt na to nie wpadł. Ocena: 3/10 You Don't Know Jack
http://www.imdb.com/title/tt1132623/
Temat eutanazji w Stanach Zjednoczonych nie jest poruszany zbyt często. To dość dziwne, bo przecież temat sam w sobie jest bardzo ciekawy. Szkoda tylko, że pierwsze podejście jest tak strasznie nudne... Film przestawia historię lekarza, który uważa, że to pacjent powinien wybierać czy chce zmagać się z chorobą czy chce umrzeć. W jego rolę wcielił się Al Pacino, który jako jeden z pierwszych, przeniósł się ze srebrnego na szklany ekran (jak wiemy teraz podążył za nim m.in. Dustin Hoffman). Mimo tego, że film jest kiepski, to Al stanął na wysokości zadania i zagrał dość przekonywająco. Z łatwością przyszła mi identyfikacja z graną przez niego postacią a do tego świetnie wyłapał pewne niuanse w interakcjach personalnych, na które w kinowym filmie nie miałby czasu. Oprócz Ala Paciono, możemy jeszcze zobaczyć Susan Sarandon czy Johna Goodmana. Tak jak ta pierwsza nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia, tak Goodman mnie zaskoczył. Było coś w jego graniu. Przyzwyczaił nas do roli dobrodusznych wujków, a tu zagrał refleksyjnie (?). Obraz zrealizowała stajnia HBO, więc nie możemy spodziewać się nie wiadomo jakich fajerwerków i tak jest. Tła i obraz są raczej statyczne, spokojne, wręcz melancholijne, gdy mają oddawać stan ducha lekarza. Denerwuje scenariusz i brak dopowiedzeń – sami musimy się domyślać, że jego pomocniczka to jego siostra. Albo zaskakuje nas wielkie zdziwienie naszego bohatera, gdy jego prawnik chce ugrać na tym medialnym procesie coś dla siebie i startuje na gubernatora. Podobało mi się za to ukazanie nagrań z pacjentami, które stylizowane były na prawdziwe. Świetnie budują klimat i ułatwiają zrozumienie z jakimi wyborami ci ludzie musieli się zmierzyć. Na pewno przeciwnicy eutanazji powinni to zobaczyć, może zastanowiliby się nad tym, że chcą zabraniać innym prawa o decydowaniu o sobie. To film z elementami biograficznymi, który został zrealizowany poprawnie ale nic po za tym. No może tylko, że jest za długi a przez to bardzo nudny. Choć ciekawie zobaczyć w telewizyjnym filmie gwiazdy, których blask już wyraźnie zmalał. Ocena: 3/10
piątek, 02 marca 2012
Różyczka
Całkowicie nie rozumiem obecnego w mediach wychwalania dzieła Jana Kidawy-Błońskiego. Mimo, że film zdaje się opierać na wydarzeniach z życia Pawła Jasieńca (czemu jednak reżyser zaprzecza; prawdopodobnie z powodu córki Jasieńca, która zagroziła mu sprawą o naruszenie dób osobistych) to scenarzystom nie udało się uniknąć napisania filmu czarno-białego. Nie ma w nim miejsca dla choćby cienia szarości. A przecież wiadomo, że nic w czasach PRL-u nie było oczywiste. Nie będę jednak porównywać filmu z historią znanego pisarza, tylko skupię się na filmie oraz moich odczuciach po seansie. Film opowiada historię trzech ludzi, których ścieżki nie raz się przeplatają. Roman Rożek jest agentem SB całkowicie oddanym partii, który nie cofa się przed wykorzystaniem zakochanej w nim narzeczonej do własnych celów. Kamila Sakowicz, narzeczona Rożka, zgadza się na inwigilację i uzyskanie informacji od obiektu, którym miał zająć się jej wybranek. Adam Warczewski, rzekomy „syjonista”, który ma działać przeciw Polsce Ludowej. Film ma dwie główne wady – spłycenie wszystkiego oraz, jak wspomniałem wcześniej, ukazanie świata tylko czarno-białego, bez skazy szarości. Ewidentnie widać to choćby w relacjach między Romanem a Kamilą. Ich związek ukazany jest jako zabawa z alkoholem w tle i seksem. Nic po za tym. Fakt ten może i można by było wytłumaczyć próbą ukazania Rożka jako tępego agenta SB, ale czemu robi się to w tak toporny sposób? Gdy Różyczka zbliża się do Warczewskiego, twórcy ukazują nam już totalny brak subtelności – jest taki kontrast, że chyba nawet ktoś całkowicie nie zaznajomiony z historią Polski zrozumiałby w mig o co chodzi. SBek jest głupi, nie czyta, pije wódkę i władczo kopuluje ze swoją narzeczoną. Pisarz jest oczytany, pija wina i kocha się z Kamilą. Nie wiem jako można byłoby uzyskać jeszcze większy kontrast ani dlaczego w filmie, który jakby nie było, nie zrobił „kariery” za granicą, zostało to tak mocno zaakcentowane. Film razi również różnymi błędami oraz przeciętną grą aktorską. Pozwolę sobie wymienić kilka rzeczy, których nie dało się nie zauważyć. Różyczka ubiera się nowocześnie i bardzo wyzywająco jak na tamte czasy (o jej grze później). Więckiewicz gra złość rzucając na prawo i lewo „kurwami” i machając rękami. Smutek u niego to pijacki wzrok oraz flaszka obok, która zresztą jest bardziej autentyczna niż on. To, że jako SBek jest przekonywujący, to nie jego zasługa a scenariusza – bo przecież to w nim zawarte jest niedowierzanie w fakt, że ludzie mogą myśleć, że partia nie może wszystkiego czy jego ślepa służba bez zadawania pytań. Dziwne również jest to, że najpierw karze jej dosłownie „wleźć do wyra pisarza” a potem odstawia sceny zazdrości (zdaję sobie sprawę, że to ludzkie, ale przecież według scenariusza, jeśli idzie o sprawy partii, jest wyprany z uczuć) – trochę to niespójne. Wszystkie jednak te sceny były „subtelnie” czarno-białe w porównaniu do tej, w której na ulicach ludzie wychodzą protestować przeciw zdjęciu „Dziadów” a Rożek w tłumie wyłuskuje Warczewskiego i bierze go na stronę. Oglądamy jak zazdrosny agent miota się i w furii pokazuje pisarzowi lojalkę jego przyszłej żony. Mamy wtedy dwa ujęcia – na ich twarze oraz na ich obu tak, że widać wyjście z bramy na ulicy. A tam co chwilę zmienia się tło: najpierw ludzie uciekają przed odziałem milicji, nastepnie są wsadzani do policyjnej Nysy a na końcu Zomowcy biją jakąś kobietę. I to nic, że wszystko dzieje się gdzieś w przeciągu dwóch minut. Ponownie nie wiem jaki jest cel ukazania tego, że władza brutalnie tłumiła wszelkie przejawy krytyki. Przecież każdy Polak wie jak to wtedy wyglądało. Koniec jest taki jak cały film – beznadziejny. Agent, który zdekonspirował przez swoją zazdrość TW, zostaje wyrzucony z partii, z pracy oraz szykanowany ze względu na swoje żydowskie pochodzenie. Pisarz zostaje wyrzucony z uczelni, jego książka nie zostaje wydrukowana i mimo świadomości, że jego wybranka donosiła na niego, żeni się z nią. Różyczka widzi swoją lojalkę u pisarza, odchodzi od niego, oddaje się by przyjąć agenta z powrotem, a gdy pisarz zostaje pobity, przyjmuje go (a on ją) jakby się nigdy nic nie stało i są razem. Koniec końców, Warczewski ginie, Rożek opuszcza kraj a Sakowicz zostaje w Polsce. Uff, nie powiem, zobaczenie tego filmu było dla mnie nie lada wyzwaniem. Denerwowało mnie przez cały czas jego trwania fakt, że wszystko w nim ukazane jest w tak prosty sposób – albo coś jest złe, albo dobre. A przecież wiadomo, że życie nie jest takie proste. Wybory, których dokonujemy każdego dnia nie mają tylko dobrych lub złych wpływów, ale mnóstwo takich, których nie da się jednocześnie ocenić. Zresztą ja nie ośmieliłbym się oceniać człowieka nie znając jego historii. W filmie nie mogłem zidentyfikować się z żadną z postaci. Byli ukazania zbyt powierzchniowo, nikt nie zdał sobie trudu by uczynić ich bardziej prawdziwymi – scenarzyści, bo postacie są idealne (albo złe albo dobre; jedynie Różyczka przeżywa „przemianę”, która zresztą również jest infantylnie prosta) i aktorzy, bo nie zrobili nic by ich postacie były przekonywujące. Tła nie grają prawie żadnej roli, klimat PRLu mają zapewnić samochody, wystroje mieszkań oraz butelki wódki z tamtych lat. Na koniec zaskoczyła mnie jedna rzecz, gdy czytałem o tym filmie. Całkowicie nie zgadzam się z decyzją jury, które przyznało Magdalenie Boczarskiej, filmowej Różyczce, Złotego Lwa za rolę w tym filmie. Wychodziłoby na to, że wystarczy rozebrać się, zagrać w kilku scenach erotycznych oraz udawać cały czas zaskoczoną całym światem i już – nagroda w kieszeni. Aż dziw bierze, że dopiero po czterech w filmach dostała to wyróżnienie, w których w mniejszym lub większym stopniu, rozbierała się. Film traktujący o tak niełatwych czasach nie może być potraktowany z takim brakiem zrozumienia dla człowieka jako istoty, której świat ma różne kolory a wybory nie są zawsze dobre lub złe. Brak w nim zrozumienia dla człowieka. Filmu nie poleciłbym nawet fanowi polskiej kinomatografi, bo jest on zbyt prosty i przewidywalny by interesować. A zbyt słabo zagrany by choćby powiedzieć „zobacz ten film, bo ten czy tamta zagrała dobrze”. No chyba, że ktoś chce pooglądać nagą Boczarską. Ocena: 1/10
wtorek, 10 stycznia 2012
X-Men: First Class
http://www.imdb.com/title/tt1270798/ Co robimy, jeśli zarznęliśmy znaną serię marnymi adaptacjami? Ano cofamy się do początków albo robimy prequel. W tym wypadku obserwujemy powstanie słynnej drużyny X-Menów. I ponownie, jest więcej niż miernie. Zdziwiłem się, że Raven potrafi rosnąć. Musiałem zatrzymać film i chwilę pomyśleć, czy w serialu też umiała. I nie przypominam sobie… Ale to taka dygresja. To już piąty film pełnometrażowy o X-Menach. Zupełnie niepotrzebny i zły. Już część, która opowiadała historię Wolverina zapowiadała rozmienienie serii na drobne? (no bo ile można zrobić filmów, gdzie drużyna pokonuje, pomimo trudności tych złych i happy end; choć patrząc na „Star Trek” to jedenaście…). Ale to już chyba było by lepsze niż opowiadanie historii „jak to było, jak byliśmy dziećmi”. Ba, nawet uważam, że mogłoby być to lepsze, bo z głównej drużyny, każdy ma jakiegoś bohatera, do którego pała jakąś większą sympatią. Film z Wolverinem pokazał (choćby po wynikach finansowych), ze nie jest to zła droga. Film jest infantylny (każdy kto tłumaczy to faktem, że jest na podstawie komiksu powinien przeczytać jakiś dobry komiks, bo wiadomo, że nie ma o tym pojęcia) i to znacznie. Denerwuje zwłaszcza po bardziej dorosłym „odcinku” z Rosomakiem. Niemiecki lekarz ukazany jest jako rzeźnik. Jak? A przez ukazanie na stołach operacyjnych różnego rodzaju pił czy skalpelów oraz kości na ścianach. Uproszczenia tego typu można mnożyć długo. Mutanci w tym filmie potraktowani są po macoszemu. Większość ot jest sobie – jedni wybierają Xaviera a inni Magneto. Ale skąd się wzięli, choćby jakieś szczątkowe informacja… a gdzie tam, po co? Są, a Ty drogi widzu podziwiaj ich „moce”. A skoro już przy tym jestem – rozbawiła bardzo mnie jedna moc. Mianowicie była to mutacja ala wróżka. Skrzydełka jak u Dzwoneczka i plucie ognistymi kulkami… Wiele niekonsekwencji– jak choćby atak na bazę mutantów. Mają takie moce i nie mogą kilku wrogów pokonać tylko dlatego, że kłóciłoby się to z zamysłem twórców, że oni się dopiero uczą je kontrolować (co tam, że mogliby choćby pod wpływem stresu czy strachu je aktywować). Śmierć czarnego to jakaś porażka. Przecież to mutant teoretycznie z najlepszą mocą – adaptacji do każdej sytuacji. Mimo to, jako jedyny ginie. Chyba, że zaszła tu stara zasada „w filmie pierwszy ginie czarny”… Momentami też uderza słabe wykonanie efektów specjalnych – jak z taniej gry. To dość dziwne, zwłaszcza, że we wcześniejszych filmach były one na poziomie. Nie będę pastwić się nad historią, bo to jak kopanie leżącego. Niech wystarczy tylko to, że kryzys kubański został powstrzymany przez mutanty… Jedyna, naprawdę dobra scena to ta z Wolverinem. Naprawdę, gdyby było w tym filmie tyle luzu to mogłoby być dobrze. A tak oglądamy jak z nieporadnej gromadki dzieciaków, które nie panują nad swoimi nadprzyrodzonymi mocami rodzi się drużyna super heroesów… Tylko ile razy można oglądać to samo? Miłym akcentem było zobaczenia Becona w formie. A obsadzenie Jamesa McAvoya w roli młodego Xaviera, to spora pomyłka. Koleś, który grał w poważnych filmach, nagle ma zagrać bohatera z komiksu. No niestety, nie wyszło mu to. W ogóle nie był przekonywujący, czego powiedzieć nie można o Michaelu Fassbenderze, który był dobry jako młody Magneto. Ten film miał chyba wskrzesić tą serię, która jakby nie było, dobra nie jest. Jednak jak można zaczynać historię o X-Menach bez Storm czy Cyklopa? Przecież to kluczowi bohaterowie, bez których nie jestem w stanie wyobrazić sobie komiksu (tak wiem, że film a komiks różnią się bardzo). No ale jak widać, można. Ocena: 3/10
|